top of page
Szukaj

Jastarnia w listopadzie?

Czy padało? Oczywiście, że padało. Przecież miało padać. Miało padać bite dwa dni, które zaplanowaliśmy na tropienie jesieni. Na skakanie po kałużach. Na filmowanie nostalgicznych kropli deszczu pełzających po szybie.



No ale zaplanować to jedno, realizacja się liczy - jak mawia Tata Karola (ale i Karol, który później mówi, że to jego tata tak mówi). W czwartek budzik nastawiłam na 6:07 (nie lubię pełnych godzin). Nie wiedziałam jeszcze co się święci. Ciemno. Dopakowałam plecak, obudziłam chłopaków. Lekko zdezorientowani i śnięci, nie zwróciliśmy uwagi na ukradkiem wpadające przez okno słońce, poszliśmy na dworzec.



Nie robiąc sobie nadziei na słoneczny Półwysep w głowach nadal wizualizowaliśmy deszczowe kadry. Chmury otaczały nas już z każdej strony. Pociąg dojechał punktualnie, zdążyliśmy jeszcze zgarnąć kanapkę z Subwaya przed przesiadką na Hel. Na peronie okazało się, że jedzie z nami co najmniej jedna wycieczka szkolna. Polowali na ten sam stary skład co my. Na szczęście nauczyciel miał inny plan i zaprosił wszystkich do pierwszego wagonu. Pierwszy nowy lśniący wagon. To nie dla nas. Nowe wagony są klaustrofobiczne. Mają rozkład siedzeń jak w samolocie. Nie lubię latać. W pociągu nie ma opcji "extra legs". Więc z lekkim sercem wpakowaliśmy się na sam tył starego wagonu. To zdanie będzie romantyzowane - ale co zrobić - kocham stare pociągi. Te zniekształcające grube szyby. Starszy pan kitrający browara. Wzorzaste tapicerki (dobra umówmy się - brudna tapicerka / obicie siedzeń nie jest kól, ale wczujcie się - nostalgia, wycieczka przez całą Polskę nad morze - kolonia - rok 97' - jednorazowy aparat kodaka zawieszony na szyi - karta telefoniczna w portfelu - kumacie?).



Jesteśmy blisko. Stacja Władysławowo Port. Trafiamy na zmianę zmian.



Chyba nigdy nie zrobiłam tylu zdjęć w pociągu. Winię za to słońce, które nadal nie dawało za wygraną. Mimo, że niebo było białe od chmur - ono nieustannie znajdywało jakieś dziury i tworzyło prześwity, które z kolei tworzyły piękną aurę dookoła nas.


Dojechaliśmy.

Czwartek, przed 10.

Jastarnia.

Cicho.

Za cicho.


Byliśmy tu pod koniec września, wtedy czuliśmy się jak w środku sezonu. Dzisiaj - zupełnie przeciwnie. Witryny są pogaszone. Zza krat wyglądają na nas automaty, cymbergaje, budki z lodami.


Idziemy do biura Blue Apart [współpraca] odebrać klucze. Po drodze mijamy otwarte sklepy, cukiernie i małą piekarnię. Niczego więcej nie potrzebujemy. Droga do Zatoki Komfortu wiedzie wzdłuż ścieżki rowerowej i Zatoki. Mijamy Muzeum Pod Strzechą (zamknięte) i (działający) zakład szkutniczy, wytwarzający tradycyjne łodzie żaglowe.




Parę minut spacerem od centrum dochodzimy do miejsca naszego dzisiejszego noclegu.










Po co przyjeżdżać na Półwysep po sezonie?


Po święty spokój. Po wiatr we włosach. Po zapach sosen. Po las zielony od mchu i paproci. Po drzewa które się jesienią, na żółto i na czerwono. Po spacer z psem pustą plażą. Po wschody słońca nad morzem. Po zachody słońca nad zatoką. Po ciszę. Po wrzaski mew. Po szum drzew. Po szum morza. Po wiatr wyjący w porcie. Po kolory. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.



Czy poza sezonem wszystko jest nieczynne?


Nie. W Jastarni sporo restauracji było otwartych (co nas zdziwiło, bo rok wcześniej w Jastarni działała może jedna, za to w Juracie chyba 3 😅). Tym razem stołowaliśmy się w Elite Cafe & Restaurant i zamówiliśmy wieczorem pizzę z dowozem z Restauracji U Braci.



Czy padało?


Z wrażenia zapomniałam napisać. Przez dużą część wieczoru i popołudnia padało. Testowaliśmy kurtki przeciwdeszczowe i termos z gorącą herbatą.





I na zakończenie kilka zdjęć j a k b y ł o, które nie są pokategoryzowane w żadną logiczną całość. Po prostu tak było. Tak spędziliśmy 36h w Jastarni. Ciesząc się sobą. Hamakiem. Termosem. Januszem. Dobrym jedzeniem. Widokiem z okna. Widzieliśmy wschód słońca. Obserwowaliśmy gwiazdy.














Przed sezonem

Commenti


bottom of page